Taniec z diabłem stanowi kolejną, czwartą już, jeśli liczyć Niewolnika miłości, część serii Mroczny Łowca. Do tej pory udało mi się
zapoznać jedynie z tomem 2. Moja nieznajomość początków jednak w niczym nie
przeszkadzała, bo choć każdy kolejny tom łączy się z poprzednim, to tak
naprawdę każda część cyklu jest opowieścią o życiu innego z bohaterów. Pozwala
to zarówno na czytanie serii po kolei, jak i dowolne przebieranie w
następujących po sobie tomach – najważniejsze fakty z części poprzednich są
subtelnie wspomniane, tak by czytelnik nie czuł się zdezorientowany, ale
przypomnienia te nie stanowią znacznych fragmentów tekstu.
Głównym bohaterem Tańca z diabłem, na którego życiu oparta
została akcja jest Zarek – jeden z najniebezpieczniejszych Mrocznych Łowców.
Niestety po wydarzeniach w jakich brał udział został karnie wysłany na Alaskę.
Miejsce to, jak i przeszłość bohatera, uniemożliwiają mu na nawiązywanie
znajomości. Zarek jest osamotniony, zraniony, nie potrafi rozmawiać z ludźmi
ani traktować ich z czułością, której sam nigdy nie doświadczył. Wszystko
zmienia się gdy na Alaskę przybywa tajemnicza niewidoma Astrid…
Zarek nie wie, że jest ona
boginią sprawiedliwości zesłaną by go osądzić i że to od niej zależy jego dalsze
życie lub śmierć. Zachodzą w nim zmiany, które bardzo go niepokoją, poznaje
uczucia, których nigdy wcześniej nie doświadczył, a twarda skorupa jaką się
otoczył zaczyna pękać. Nie jest jednak świadom tego, że wbrew obietnicom na
Alaskę wyruszył już egzekutor mający zabić Zareka nie czekając na decyzję
Astrid.
Sherillyn Kenyon to autorka
trzymająca stały, doskonały poziom swoich powieści. Choć nie brakuje w nich
scen erotycznych, wszystko zostaje czytelnikowi sprzedane w sposób strawny,
mimo iż nie zawsze delikatny. Bardzo podkreślane i rozbudowane wątki seksualne
są cechą charakterystyczną tej serii. Nieziemsko piękni mężczyźni, o idealnych
ciałach pobudzających kobiece wyobraźnie i zmysły to znak rozpoznawczy cyklu Mroczny Łowca. Choć scen tego typu jest
w tej części zdecydowanie mniej niż w Objęciach
nocy, to także ich nie brakuje. Większość jednak odbywa się w wyobraźni
bohaterów wywodzących się z dwóch różnych światów, na pozór nie mogących się
połączyć. Konwenanse w świecie potworów i bogów? To chyba niemożliwe? A jednak!
Mezalians można popełnić zawsze, co próbuje nam uzmysłowić autorka.
W tej historii najważniejszy jest
morał: każdego „potwora”, pozbawionego uczuć i dehumanizowanego można
obłaskawić i nauczyć miłości. Wystarczą ciepłe gesty, spora doza cierpliwości i
wyrozumiałości, a także odporność na uszczypliwości.
Cieszę się, że cykl posiada tak
dużo części i tak dużo uzupełnień. Jeszcze tyle rzeczy może się wydarzyć, tak
wielu bohaterów nie opowiedziało jeszcze swojej historii. Boję się jednak, że w
pewnym momencie zacznie dawać o sobie znać pewna powtarzalność i
schematyczność. Trzymam jednak za autorkę kciuki i mam nadzieję, że wbrew moim
obawom do tego nie dopuści, a ostatni dwudziesty tom będzie tak samo dobry, a
może nawet lepszy niż dotychczasowe.
Polecam.
PS Okładka... Szczerze mówiąc nie wiem kogo przedstawia, bo na pewno nie długowłosego Zareka.
5/6
Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu MAG.